blog Justyny i Moniki

W dniach 25-26 marca br. w Toruniu odbył się I Festiwal Wspomnień z udziałem Czerwonych Gitar. Zapraszamy do przeczytania obszernej – i prawdopodobnie pierwszej – relacji z tego wydarzenia, autorstwa Zbigniewa Michalskiego:

Trubadurzy w roli No To Co, czyli I Festiwal Wspomnień w Toruniu, 25-26 marca 2017 roku…

 

Na pierwszą edycję Festiwalu Wspomnień, w toruńskich Jordankach, przybywaliśmy z przeświadczeniem, że oto kolejna w Polsce, ważna impreza dla miłośników big beatu, rock`N`rolla i klasyki rocka. Muzycy nie zawiedli, z akustykami 3 polskich zespołów było już momentami, niestety bardzo kiepsko. Czerwone Gitary, nawet na tle Skaldów wypadły znakomicie i bezbłędnie. Wishbone Ash, a szczególnie The Animals & Friends pokazali wzorcową estradową dojrzałość, ale i świeżość. Oprócz kłopotów niektórych z brzmieniowców, zauważalny był brak zainteresowania ze strony mediów, z TV na czele. Wyjątek stanowiło bydgoskie Radio Pik.

 

W poniedziałek 27 marca 2017 roku, toruńskie „Nowości” odnotowały imprezę w 2 zdaniach na ostatniej stronie, dodając zdjęcie Trubadurów opisane jako No To Co! Może za rok, będzie jeszcze bardzie profesjonalnie. Warto, bo publiczność dopisała, reagowała żywiołowo, ale i z wyczuciem.

 

Prowadzący pierwszego dnia, czyli kabaret Elita, robili to swojsko, momentami rubasznie, ale z tym nostalgicznym ciepełkiem jakie mają w krwi i w tekstach nieodżałowanego Andrzeja Waligórskiego.Drugi prowadzący też na kanapie, przesłuchiwał gwiazdy przed ich niedzielnymi występami. Tym razem w roli głównej wystąpił znany, trójkowy, redaktor muzyczny, propagator bluesa Jan Chojnacki. Fachowo z pasją, ale skoro miało być tak wszechnicowo i popularyzatorsko w zamyśle, to wycinkowe tłumaczenia wypowiedzi muzyków The Animals, zubożyć mogły wiedzę fanów, a szkoda. Tylko dlatego, pozwolę sobie dodać, że oprócz Johna Steela perkusisty (od zawsze w Animalsach… jak Jurek Skrzypczyk w Czerwonych Gitarach), widzieliśmy i podziwialiśmy grę klawiszowca Micka Gallaghera, który grał już z Animalsami w 1965 roku, po odejściu Alana Price`a. Potem to jednak Dave Rowberry zastąpił go (w sumie przez życiowy przypadek) i to on a nie Mick Gallagher, zawitał z Ericem Burdonem i kolegami w Polsce w listopadzie 1965 roku. Szkoda, że takie fajne smakowite opowieści uciekły zagorzałym miłośnikom Animali, bo tłumacz, ani słowem o tym nie powiedział, co przed chwilą usłyszał …

 

Nasi górą!

 

Czerwone Gitary, kończące pierwszy, festiwalowy dzień zaistnieli super profesjonalnie, zarówno repertuarowo jak i brzmieniowo. W hołdzie Jurasowi Kosseli grupa rozpoczęła od „Historii jednej znajomości” a zakończyła też Jurasową „Maturą” na bis. Niby standard, norma, ale na jakim poziomie! Nawet ci z moich znajomych, którzy Czerwone Gitary, traktowali (do soboty!) bardzo chłodno, sceptycznie, kiwali głową z uznaniem i nie szczędzili braw. Jeden z nich powiedział, że tak wykonanych i brzmiących „Nikt na świecie nie wie” i „10 w skali Beauforta” jeszcze w życiu nie słyszał!!! Jurek Skrzypczyk, który rozpoczął od wspomnieniowych pogaduszek z Elitą, potem jak zwykle składnie i z wigorem, prowadził konferansjerkę a w gary tłukł jak z nut! Jurek Skrzypczyk właśnie, ale i Darek Olszewski, Mietek Wądołowski, Arek Wiśniewski plus młodzież, czyli Marek Jabłoński i wiceperkusista Artur Żurek byli w iście olimpijskiej formie, co publiczność zauważyła i nagradzała entuzjastycznymi reakcjami. Blok super hitów a zaraz potem taki hołd dla czerwono gitarowych tekściarzy, były potokiem złotych przebojów „Anna Maria”, „Ciągle pada” i to wszystko co znamy już od 52 lat!

 

Były też Wądołowskie „Podajmy sobie ręce”, zdobywające sobie status super szlagieru integrującego publiczność, niby od niedawna, a jak już weszło to nam do uszu i serca. W pożegnalnym utworze, w którym jak zwykle od 50 lat, dowiadujemy się, że jednak „do widzenia” (z jakże jak zwykle cudowną dezaprobatą publiczności) warto odnotować, że aktualnie obowiązującymi skandowaniami są: Darek, Mietek, Arek, Marek, Jurek… Żurek!!!

 

Co tu dużo pisać, Czerwone Gitary pokazały, że polscy Beatlesi to nadal oni! Spotkanie z nimi to takie po prostu, estradowe… święto 6 króli! Po koncercie spotkanie z fanami, autografy, uściski, wspólne zdjęcia, łzy wzruszenia. Jeśli wspominać to właśnie tak…
Zbigniew Michalski
ARCHIWUM